czwartek, 19 listopada 2020

Poszłyśmy w góry tylko że w 1905 - czyli RetroTatry

This note is about hiking/reenactment project called RetroTatry. Idea of the project is to reenact mountain hiking from XIX century and beginning of XXc, when it only started to be popular sport. We prioritize reconstruction of clothes and accessories used by first hikers, including underwear, corsets etc, and we use routes popular in the epoch, whenever possible. Note describes our equipment and our first trip within the project that we made this autumn to Tatry mountains.


Pomysł narodził się już kawałek czasu temu. 

Dwie baby zajmowały się rekonstrukcją historyczną wczesnego średniowiecza i łażeniem po górach. Ochoczo łączyły jedno i drugie na wczesnośredniowiecznych wyprawkach. 

Tylko że wczesne średniowiecze stawia pewne ograniczenia jeśli chodzi o dobór szlaków. Mając jednocześnie buty na skórzanej podeszwie oraz odrobinę rozumu, nie będziesz się pchać na Orlą Perć, to raz. Dwa - nie ma żadnych poszlak świadczących żeby tysiąc lat temu wchodzono na szczyty powyżej dwóch tysięcy metrów dla uciechy.

A my lubimy włazić na szczyty powyżej dwóch tysięcy metrów dla uciechy.



czwartek, 5 lipca 2018

Wczesnośredniowieczny ekwipunek survivalowy - materiały

Pisanie superdługich postów wychodzi mi aż za dobrze, tutaj zabieram się do tematu już w sumie od paru miesięcy, a że duża wyprawa zbliża się wielkimi krokami:P - czas nagli. Zatem zamiast dalej zbierać się do superdługiego posta, rozbiję temat na kilka części. Przy okazji łatwiej będzie się czytać.
Nie jest to absolutnie wykład naukowy, a to o czym zamierzam pisać, dla średnio zaawansowanego rekona będzie zbiorem prawd oczywistych - dlatego wybaczcie że pominę dokumentowanie każdej rzeczy źródłami, bo, po prostu, utoniemy w tekście. To nie tekst o odkryciach, mający na celu pokazać coś nowego, co trzeba uargumentować - będą to "oczywistości", które jednak warto powtarzać i podsumować. Opisane w sposób bardzo praktyczny. No to lecimy!






czwartek, 17 września 2015

Do nocy od rana, łoj dana dana - czyli warsztaty śpiewu białego w Biskupinie

Relacja opowiada o warsztatach które odbyły się 26-30.04.2014 w Muzeum Archeologicznym w Biskupinie. Od strony muzeum organizowała je Magdalena Zawol, zaś prowadziła Katja Radivilova. Wraz z kilkunastoma innymi osobami miałam przyjemność uczestniczyć - z ubiegłego sezonu czy nie, warsztaty z pewnością zasługują na relację:)

Zdjęcia pochodzą z archiwum własnego oraz z materiałów Muzeum Archeologicznego w Biskupinie.


Majówka, Biskupin, śpiew, dużo śpiewu, jezioro, słońce, fantastyczni ludzie, śpiew. Już kilka powyższych słów opisujących atmosferę powinno wystarczyć za zapewnienie - było wspaniale.

czwartek, 10 września 2015

Odzyskałam dostęp do bloga!!

Udało się! Po tylu miesiącach! Póki co entuzjazm mnie niesie, ale teraz będą mogły po nim nastąpić notki merytoryczne:) Relację obiecaną w zeszłym roku wstawię, a co. Grzeje się w notkach roboczych już ponad rok, teraz zostanie opublikowana, co prawda z tagiem "archiwalne", ale relacje wydarzeń dawniejszych niż sprzed tygodnia też mają przecież swój urok;) 

Aktywności przez ten czas ciszy internetowej była moc, powstawały nowe uprzędy, nietypowe robótki, wiedza uległa poszerzeniu, odbyło się też wiele fantastycznych wydarzeń rekonstrukcyjnych. Usystematyzuję to wszystko, wybiorę co chciałabym Wam pokazać i opisać (to co najlepsze oczywiście;) i małymi kroczkami będę reanimować ten zakurzony kącik sieci. Póki co - blog odzyskany, podzieliłam się radością, teraz pora działać:) Stay tuned.

piątek, 25 kwietnia 2014

Na otwarcie sezonu... warsztaty


Plan na tegoroczny sezon wyjazdowy: jak najwięcej imprez warsztatowych i archeologii eksperymentalnej. Jak to delikatnie ująć... imprezy, których plan wygląda z grubsza tak: "przez większość dnia patrzymy jak chłopy z okolicznych bractw walą się po hełmach a wieczorem idziemy pić" mogą się nieco opatrzyć... Ja mam ochotę raczej zafarbować coś pod chmurką, poznać i pomacać nowe wełny, prząść, ciesząc się słoneczkiem, spróbować nauczyć się czegoś nowego (a może wikliniarstwo? a może lepienie garów?) - a to wszystko z fajnymi ludźmi o podobnych zainteresowaniach.

Pod tym kątem układam sobie tegoroczny wyjazdowy kalendarz.


Kiedy zaczynam? Już! Jutro o świcie wyruszamy, kierunek - Biskupin. Kto nie był - polecam! Kto był, ten wie, ile różnych rzeczy tam można robić. 26-30 kwietnia odbędą się warsztaty śpiewu białego w których razem z Thurid uczestniczę. Obiecuję że po powrocie damy popis nowo nabytych umiejętności. Czy będziecie tego chcieli, czy nie:D
Równolegle odbędzie się warsztat gry na dudach wielkopolskich, w którym z kolei uczestniczy mój luby. Czego się nauczymy to pokażemy. Jeśli kogoś dźwiękowo niepokoi opcja łączenia dud i tłumu biało śpiewających bab - również w formie fotograficznej:D Biorę oczywiście aparat, będę hasać wśród chat i dokumentować wiosnę i warsztaty i świat i może jakieś farbowanie się uda i wszystko! Słowem, będzie relacja. 

No to w drogę!^^ Udanej majówki wszystkim!

środa, 23 kwietnia 2014

jak co roku o tej porze czyli naturalne barwienie jajek //this year's egg natural dyeing

Sprawa jest prosta, w ramach przygotowań familijnych zgłaszam że ja to farbowanie, czyli pisanki, wiadomo. Dostaję wówczas zapas jajek i dyspensę od mycia okien - same korzyści! Toteż co roku ochoczo ten obowiązek spełniam:)

Like in every year, during Easter preparation my duty is dyeing eggs. Duty made with joy - I totally prefer fun with natural dyes more than... washing windows, for example. Can't say I don't like this system.



Przy stole siadamy mała grupką, zatem zafarbowałam tylko 10 jajek.
Przepisu nie wstawiam - kolory pozyskałam w identyczny sposób, co w roku poprzednim (klik!) - łupiny cebuli, kurkuma, czerwona kapusta. Odzielnie ugotowałam wywary i jajka, te zaś po ugotowaniu i wystudzeniu kilka godzin moczyły się w wywarze. Przepis sprawdzony, efekty satysfakcjonujące.

I'm putting no recipe, cause I've made dyeing bath same way lat like in the last year (click). I used red cabbage, turmeric and onion skins . I boiled eggs and dye stuff separately and when dyeing bath was ready, put cooled eggs in bath for a few hours. I'm satisfied with results.


Robię cokolwiek? W kuchni?? Nie można tego tak zostawić! Obowiązkowe zmaterializowanie się jakże skorej do pomocy asysty...

 Nie byłabym jednak sobą nie wprowadzając jakiegokolwiek, najmniejszego chociaż udziwnienia:D Zatem zapragnęłam wypróbować metodę zdobienia, polegającą na przymocowaniu jakiegoś ładnego listka do jajeczka przez zanurzeniem go w barwniku. (tutaj przejrzysty tutorial, nie mój, troszkę żałuję że nie porobiłam zdjęć w trakcie tworzenia.) Działa! 

I wouldn't be myself if I didn't make anything fanciful - so I tried the method which relies on mounting some nice leaf to the egg before dyeing, to make it leave it's shape on finished work (tutorial here - not mine cause I didn't take pics during creating). Method works.

 

Jakimi roślinkami się pobawiłam? Na jajka trafił lubczyk (lovage), bukszpan (boxwood), rukola (arugula) i roszponka (lamb's lettuce). Bukszpan dokazywał, zbyt sztywny żeby ściśle przylegać do jajka, pozostałe współpracowały, chociaż nie wiem czy powtórzę wykorzystanie rukoli i roszponki. Uwielbiam obydwie, ale jak wykazał eksperyment, raczej w sałatce:) Jestem za to zachwycona efektem jaki dał lubczyk.

Which plants I used? Lovage, boxwood, lamb's lettuce and arugula. Boxwood is too inflexible, others attached to the eggs worked well. Lovage gave fantastic pattern, rest - I'm not impressed. I totally like arugula and lamb's lettuce, but rather in salad:)


zdjęcie robione lodówką z zamontowaną lampą błyskową... do bycia blogerę kulinarnym nie aspiruję:D

Skoro o sałatce mowa... jaki jest kolejny atut naturalnych barwników? Taki, że co zostanie z surowca, to można ZJEŚĆ:D Gdy jajeczka pływały już w barwnikach, ukleciłam szybko sałatkę z roszponki, rukoli i czerwonej kapusty. Jeszcze tylko trochę oliwy i ser pleśniowy co akurat był na stanie... przepis gotowy! Wyszło pysznie.

Speaking of salad, what's another advantage of natural dyes? That lot of them is capable to be eaten! When eggs was put in dyeing bath, I quickly made salad from red cabbage, arugula and lamb's lettuce. Add some olive oil and blue cheese, cause I just had some... and so recipe is ready. And tasty:)

Życzyłabym w tym miejscu udanych świąt, mokrego jajka i w ogóle wesołego karpia... Ale już po świętach, zatem wszystkim czytającym - udanej majówki! Długi weekend tuż tuż, kto ma już plany?

niedziela, 20 kwietnia 2014

Kolejny ręczny uprząd i zapowiedź farbowania //Yet another handspun yarn and dyeing preview

<a href="http://www.bloglovin.com/blog/12137353/?claim=2ut9ssjdmjz">Follow my blog with Bloglovin</a>

handspun yarn and samples of wool dyed with madder in the background

130 metrów i 20g wełny. Ok. 2.5 godziny na wrzecionie. 
130 meters and 20 grams of wool, about 2,5 hour of spinning. On drop spindle. 


 
podczas pracy/during spinning


Generalnie wrzeciono Kromskich nie cieszy się dobrą sławą, mało która prządka powie o nim dobre słowo. Z tym większym zdziwieniem odkryłam że z wszystkich posiadanych, po to sięgam najchętniej. Długo się kręci i mieści duuuużo wełny. Wrzeciono Kromskich ulubieńcem - jak widać można:)

Although Kromski drop spindle is not very popular, for me it's my favourite. Comparing to others I own, it stores a looot of yarn!  And twirls pretty long time.



Rudy - marzanna, granat wybarwiony chemicznie. Jest to kolor historycznie poprawny - pamiętając że diablo trudny do osiagnięcia i niewątpliwie drogi. Zwłaszcza w średniowieczu, gdy był pozyskiwany z urzetu.

Russet is from madder, navy blue is dyed chemically. It is historically accurate colour, but remembering that it was truly hard to achieve and undoubtedly really expensive. Especially in middle ages, when only source of blue was woad.


próbki marzanny/samples of dyeing with madder

Wszystkie próbki zabejcowane ałunem, wyciągane z kąpieli w różnych odstępach czasu (od 1godz do 2 dni po barwieniu) - co, jak widać, nie zrobiło na nich szczególnego wrażenia.

All samples was mordanted with alum, they were taken out of dyeing bath in various times (from 1 hour up to 2 days after dyeing) - what, as we see, didn't make them difference.


A skoro próbki... znaczy w kotle bulgotało coś większego. A owszem - tkanina, na całkiem ultraśną rekonstrukcję pewnego rzadko rekonstruowanego wczesnego wdzianka. Po ukończeniu dostanie osobny post:)

If I'm showing samples, that means they are sample of something else... This else is textile, wool for reconstruction of some early-medieval garb, which is not reconstructed often. When finished, will receive it's own post;)

poniedziałek, 24 marca 2014

Wiosenna reaktywacja, wiosenny Gotland

Jak w tytule, budzę się ze snu zimowego (wyobraźcie sobie, że ktoś wyrywa misie w styczniu ze snu wrzeszcząc im nad uchem "SESJAAA!!!". Tak się czuję. Jak te misie.) oraz decyduję, z okazji wiosny za oknem zaprowadzić wiosnę na blogu jakąś świeżą notką:) Wiosna co prawda mało zielona póki co, szara i mokra raczej, ale co tam, niech leje, niech mi nawadnia moje przyszłe truskawki i bakłażany ile chce:) I niech sobie jest szara. Ładny kolor. Jak moja ostatnia włóczka.

Na święta dostałam bon do wykorzystania w hobby-wełna. Jeden z najfajniejszych prezentów jakie można dostać, siostra dzięki:) Wzięłam trochę bawełny (10g na spróbowanie, już przetestowałam, bez szału) oraz po 100g BFL i 100g czesanki z rasy owiec gotlandzkich. Ta pierwsza, mięciutka i biała, znany cymes wśród prządek, czeka jeszcze na swoje 5 minut:) Drugą dziś całkowicie skończyłam.

Powstało:

168m/60g singla. Przędłam 3 godziny na wrzecionie Kromskich+czas na przewijanie. Nieco grubsza niż moja przeciętna, docelowo na naala. 

Gotland - singiel

66m/30g dubla. Nie powiem ile czasu zajęła, bo kręciłam z doskoku. Mniej więcej tyle, co ta wyżej, około trzech godzin.


Gotland - 2ply

Zdjęcia niestety robione o różnych pora dnia, a ja wciąż docieram się z nowym sprzętem, stąd różnice w odcieniu. Teoretycznie nie ma się czego wstydzić, jednak "jakoś" nie lubię tego tematu - w lipcu zeszłego roku został mi ukradziony aparat który towarzyszył mi wcześniej przez 6 lat. 38tys zdjęć przebiegu, był przedłużeniem ręki. Był - nie ma:P Pół roku o chlebie i wodzie w towarzystwie pożyczonych małpek, brrrr. Zawzięłam się i sprawiłam ukochanemu Nikonowi zastępcę. I oto jest ze mną. Dogadujemy się powoli, nie obywa się bez sprzeczek bo wiadomo, "mój były to był taki, taki i taki, czemu ty jesteś inny?";D Niemniej wierzę że w końcu coś z tego związku będzie;)

Ale koniec z offtopem. Zastanawiam się jeszcze  co z tym dublem zrobię. Krajkę? Farbować nie zamierzam, te przenikające się odcienie stali, grafitu, szarości są dla mnie prze-pię-kne. Cudowny chłodny odcień.


60g singla i 30g dubla

Pozostałe 5g ze 100 poszło na próbkę, i najwidoczniej około 5g odpadło przy przędzeniu. 

Na wrzecionie kręci się już granatowy Poltops:)

poniedziałek, 23 września 2013

World day of spinning in public - relacja Poznań 2013

Zapragnęłam zagrać na nosie jesieni (zazwyczaj jej przybycie obwieszcza się tym, że przestaję jeździć jak wariat i tkwię w Gdańsku w towarzystwie obowiązków.) - i 21 września udałam się świętować Światowy Dzień Przędzenia w Miejscach Publicznych do Poznania:)


Nazwa mówi wszystko - dzień w którym prządki wychodzą z domów, wynoszą wrzeciona, albo i kołowrotki na plecach, bo czemu nie, pojawiają się na ulicach, w parkach i innych przybytkach razem ze swoim hobby. I przędą! Nam przypadło działać w Museum Cafe, nieopodal poznańskiego rynku. 


 
Z mojej strony smutek że nie wpadłam na to, by przywieźć coś gotowego ze sobą - dziewczyny utworzyły Ścianę swoich wyrobów która prezentowała się cudnie. Ale moich tam niet, tak się kończy oszczędzanie na bagażu:P. Może za rok;)


Z samego przędzenia - moim wydarzeniem dnia było usiąść przy kołowrotku! Pierwszy raz! Alicja udostępniła mi swoją Sonatę i pokazała co i jak (za co dziękuję:*). Po dwóch? godzinach powstała Moja Pierwsza Włóczka Kołowrotkowa. A że ja to ja i skłonność do przekrętów mam silną, na wrzecionie już ujarzmioną, ale w duszy gdzieś stale drzemie, nie obyło się bez tychże - i oto jest, zakręcona pszczółka, mieszanka czesanki Alicji w kolorze naturalnym i mojej, barwionej brzozą.

Rzeczona Sonata, już w rękach właścicielki;)
Chciałoby się więcej. Główna zaleta kołowrotka - tempo. Tempo powstawania włóczki, absolutnie nieosiągalne na wrzecionie. Druga zaleta - ilość nawoju jaka wchodzi na szpulę w kołowrotku. Również nieosiągalna na moim ukochanym patyczku z przęślikiem. Jak się chce jakieś bardziej hurtowe ilości włóczki tworzyć, nie rekonstrukcyjne (to cudo pojawia się w nowożytności, w pl to w ogóle w XIXw i nie ma zmiłuj:p), to kołowrotek jest niezastąpiony. I powoli zaczynam myśleć o sprawieniu sobie jednego...


 

Ale wracając do relacji. Były kołowrotki, były wrzeciona, w kawiarni stanął nawet warsztat tkacki. Z kręcących się atrakcji była też lira korbowa w rękach Barbary Wilińskiej - odbyły się warsztaty śpiewu przez nią prowadzone. Przędłam i nuciłam i słuchałam - magia. Tak spędzać długie zimowe wieczory to ja rozumiem...
Odbyła się również pogadanka o dawnych metodach przędzenia. I tak, w przyjemnej atmosferze minął czas aż do popołudnia, gdy ruszyłam eksplorować poznańskie Muzeum Archeologiczne - ale to już temat osobny.

Miłość własna nie ucierpiała -sama sobie rzecz jasna zdjęc nie strzelałam, ale znalazłam się w jednej relacji. Jeszcze z wrzecionem:)








  
Może by tak częściej niż co roku?;)

czwartek, 1 sierpnia 2013

Kivrim

Tym razem króciutko. Tak naprawdę to ja nie jestem krajkowa. Nauczyłam się te parę lat temu startując z rekonstrukcją, popełniłam kilka prostych krajek, tyle żeby mieć się czym przewiązać w pasie, standardowo, romby, strzałki, iksy... po czym odkryłam farbowanie i tabliczki poszły w kąt:P Od tamtego czasu zbierałam się i zbierałam by przysiąść i opanować trudniejsze wzory. I zbierałam się i zbierałam... Zmobilizowała Thurid, jak zwykle;D Po pierwszym spotkaniu pod hasłem "robimy te o, faliste" urodziła się taka krajeczka:

Wzór opanowany, Tesia zadowolona. Jako że to mój pierwszy w życiu kivrim, jest próbkowy - nie robiłam z swoich sprzędzionych włóczek, tylko z jakichś wykopalisk z dna szuflady - biały i brąz z rasy owiec akrylowych, zieleń - 100% wełna, ale kupna;p 
Tylko długość wyszła bez sensu, samego wzoru jest skromne 110cm. Pocięłam włóczkę na kawałki 160cm, liczyłam na jakieś 130, żeby chociaż pasek z tego był czy coś. Wniosek prosty: od uciętej włóczki zawsze odjąć pół metra w obliczeniach i nie ma że jakoś upchnę;]
A w międzyczasie Owka napisała ciekawy i przekonujący post o tym, jak to ten wzór jest mało historyczny. Warto się zapoznać. Nie mnie z tą wiedzą polemizować, jak już pisałam, jestem mało krajkowa. Tak czy siak, co się nauczyłam i utkałam, to moje, choćby dla samej przyjemności umienia:)

czwartek, 25 lipca 2013

Dziś wypowie się prządka, farbiarka i banda szewców

Domorosłych, oczywiście. Nie aspirujemy do miana fachowców, mimo to, frajda z samodzielnego zaopatrywania się w odzież i obuwie jest warta dziur w palcach od igieł. A że przy okazji można się sporo nauczyć, będzie parę słów o dokonaniach ostatnich dwóch miesięcy - gdy Tesia zakręcona między remontem, przeprowadzką, generalnie przewracaniem życia do góry nogami, zaniedbała nieco bloga. Dziś spróbuję to nadrobić:)

1. przędzenie.

Czynność praktykowana przeze mnie regularnie i rozmaicie. Do końca czerwca dziergałam z zapałem czesankę z Poltopsu, a to białą, a to zabarwioną. 
Klasyczny singielek, o takich powstało ileśset metrów. Na zdjęciu 15g/157m.
Generalnie wolę prząść single, dwunitkę też jednak popełniłam.
Będą z tego kolory...

Pod koniec czerwca... pod koniec czerwca była Cedynia, gdzie włóczkę się przędło, gręplowało, tłukło, gdzie latała ona w powietrzu, w naczyniach, była dosłownie wszędzie i w każdej odmianie. Mam na myśli że raj x)

Toteż wpadła mi w ręce wrzosóweczka, była owca pomorska, było przędzenie wełny wyczesanej, wygręplowanej, z chmurki i na czas. To i owo na zdjęciu:
Od lewej: podfarbowana brzozą biała czesanka maszynowa, owca bodaj pomorska preparowana (własno^^)ręcznie, wrzosówka gręplowana maszynowo (dzięki DeeDee:*), wrzosówka wyczesana ręcznie. Czy czułam różnicę przędąc? Szczerze mówiąc nie, szło tak samo gładko i przyjemnie przy każdej. Różnica "tylko" w czasie potrzebnym na przygotowanie wełny.
Z innych nowości na wrzecionie: sięgnęłam po len. Było miło i przyjemnie, niteczka wychodziła miękka a zarazem równie wytrzymała co dratwa, robi się to faktycznie inaczej niż wełnę. Ale jakoś mimo że szło gładko, zrobiłam tylko trochę, po czym odłożyłam... na później. Czeka na wenę;)
Kolejna nowość pojawiła się w połowie lipca: przyjaciółka wróciła z praktyk w Biskupinie i przywiozła skarby prosto z owcy. W rezerwacie archeologicznym znanym na cały kraj trzymane jest stadko... a jakże, wrzosówek. Co w nich najwspanialsze, to różnorodność! 
Szare białe i pstrokate. I kremowe i łaciate. Trafiła się i rasowa czarna owca:) 
Tutaj różnica/ciekawostka: w Biskupinie nie bawią się w pieczołowite przygotowywanie wełny do przędzenia. Jedno pranie i heja na wrzeciono, bez specjalnego skubania czy czesania. Ok, to spróbuję i ja. 
Dawało radę. Pachniało nieco inaczej, zostawiało więcej śladu na dłoniach i szło nieco wolniej, ale szło. Mimo to, gdy po powrocie od Thurid do domu na warsztat poszedł Poltops... sorry, runo nie przygotowane a przygotowane, to jest niebo a ziemia. Mam wrażenie jakby to, co teraz mam na wrzecionie...
...przędło się samo. Tempo wychodzi nieco powyżej metra na minutę i takie mnie zadowala. Dobrze zrobiona czesanka to podstawa.

Wnioski z wszystkiego powyżej: Wełnę jak najbardziej przyrządzać. Prać, skubać i czesać. Dobrze przygotowana ręcznie niczym nie ustępuje fabrycznej, a zrobienie tego etapu po łebkach da później popalić. Pora w końcu zaopatrzyć się w czesaki:)

2. farbowanie

Ostatnio ciuchy. Parę słów należy się sukni wierzchniej którą ufarbowałam marzanną. Będzie przy okazji o wpływie masy surowca na zabarwienie.

Nie był to pierwszy raz z tym barwnikiem przezacnym. Do gara trafiła najpierw marzanna w lnianym woreczku, po niej kreda, po niej ałun. I wszystko szło jak należy i farbowało się pięknie.
Woreczek już w trakcie przybrał cieszący kolor (i go utrzymał po wyschnięciu!). Gdy wywar był gotów, trafiła do niego kiecka, wrzuciłam też próbki sprzędzionej przez siebie wełny, z czystej ciekawości. Gar około... 10l? Sukni jakieś pół kilo. 
Wywar w dechę, kolory na kawałkach wełny też cieszą. Wszystko zgodnie z planem.
A kiecka, po wyjęciu, wypłukaniu i wysuszeniu? Otóż kiecka zdecydowała że czerwoną ni odrobiny nie będzie:P
Nie no, kolor jest. Jest kolor. Myślę że jest mnóstwo nazw na ten kolor. Oranż? Soczysta pomarańcza? A może Brzask Bitewnego Słońca? Albo na przykład Idź Być Rudym Gdzie Indziej?
Żeby nie było, bardzo lubię swoją kieckę:) Ręcznie szyta, naturalnie farbowana, 100% wełna i tak dalej. Ale czerwona to ona nie jest:D
Duże znaczenie miał garnek, za mały jak na gabaryty stroju. Nijak było to przemieszać, barwnik nie jest dokładnie rozprowadzony. Recepta na to prosta: wyczarować skądś większy gar (50l czy coś) i tyle... Ile będzie zabawy z obsługą takiego, to już insza inszość;]

Inny wniosek jest bardzo istotny: farbowanie małych próbek mówi tylko, jaki efekt wyjdzie na małej próbce. Bardzo łatwo przychodzą ładne, wysycone kolorki na małych ilościach wełny, typu powiedzmy poniżej 50g, jednak gdy do gara ma trafić coś większego, sytuacja diametralnie się zmienia i potrzeba znacznie więcej umiejętności (i gara:D) by osiągnąć identyczny efekt co na ścinkach i minimotkach.

Chyba odpuszczę sobie robienie małych próbek, choćby na pokaz, gdy widzę już jak bardzo są niemiarodajne. A to oznacza... Duuużo Przędzenia:D

2.2 jeszcze więcej farbowania

Po sukience wełnianej, wierzchniej i wczesnej przyszedł czas na lnianą, spodnią i późną. Zdarza mi się bywać na późnych imprezach, pora więc zaopatrzyć się w cotte simple. Tkanina, cienki len (w końcu spodnia) kupiona w czasach słodkiej niewiedzy spoczywała sobie w szafie. Wyjęta już w czasach jako takiej wiedzy... poraziła swą bielą, fabryczną, chemiczną i prześwitującą. Bardzo prześwitującą. Chcę mieć spodnią, nie bieliznę, czyli widoczną w ostatecznym stroju i stanowiącą komplet z wierzchnią. Czyli farbujemy.
Decyzję o kolorze podjęłam, myśląc o postaci jaką chcę odtwarzać. A marzy mi się ktoś z gminu. Strój prosty, stonowany, coś co nie będzie jarzyć się z daleka jak większość kreacji grunwaldzkich. Strój roboczy. Farbować takie coś marzanną? Jeszcze w dodatku jak jest lniane? Nieeee...
Skoro kolor ma być skromny, a barwnik dostępny w późnym średniowieczu... to może stara dobra Allium Cepa? A raczej, jej łupiny?;)

Na tym stanęło:) Farbowałam wstępnie wycięty wykrój - dzięki temu mogłam działać na dwa garnki (50l wciąż w planach:D). Zero dodatków, miał wyjść beż a nie jakaś żółć. Tym razem wszystko poszło gładko, bez niespodzianek i idealnie równomiernie. Wykrój na chłopską cotte simple:

Tadam. Owo półkole obok to chusta, uszyta z tego samego materiału. Na chustę to on jak znalazł;]
Wierzchnia będzie wełniana, farbowana orzechem, albo korą dębową a najlepiej... wcale:p. Ale o tym wkrótce.

3. Pomorzanie robią butki

Opuszczając długą i momentami zabawną historię o tym jak się w Gdańsku zaczęła faza na posiadanie chodaków (słowo kluczowe: Biłgoraj:3) - Thurid BUG przekopawszy, znalazła publikację o butkach. A w niej znaleziska. Pomorskie znaleziska. (H.Wiklak - "Ze studiów nad wczesnośredniowiecznym obuwiem pomorskim") A wśród nich i takie z jednego kawałka. Chodaki na Pomorzu! Radość i Rekonstrukcja.
Chodaki 1.1 (autor i właściciel:Bogusz) były niekształtne i nie do noszenia. 
Chodaki 1.2 (autor i właściciel:Tesia) powtórzyły klęskę. Chcieliśmy jeden kawałek skóry wycinać i zszywać i z przodu i z tyłu i za nic to nie chciało przyjąć kształtu. Jakiegokolwiek. 

Thurid, chcąca stworzyć sobie ładne butki, widząc nasze smętne poczynania, machnęła ręką na znaleziony wykrój i sięgnęła po klasyk - butki gdańskie z szwem po bokach, znane w reko wzdłuż i wszerz. Wzięła i uszyła. Wyszły zgrabne i wygodne. Kapelusze z głów, zwłaszcza jak na pierwszy szewski raz:)
Niedługo po tym Bogusz podjął się próby stworzenia chodaków 2.0. Tym razem zszywane tylko z przodu, z tyłu wycięte w kształt półkola. Wyciąć, namoczyć, zszyć przód, zrobić nacięcia, przewlec przez nie sznurek... zaimpregnować. Butki w dwie godziny.
Buty robione według znalezisk pomorskich. Źródło, rekonstrukcja, sposób jej noszenia - na onucach.

Swoje chodaki 2.0 stworzyłam (okej, Bogusz poprzebijał:P Nie znoszę tej części xP) pod górą Czcibora, pierwszego dnia imprezy;) Zajęły kilka godzin nieśpiesznej pracy. 
Idzie to tak:
1. Postawić stopę na skórze (3-4mm grubości) i odrysować jej kształt.
2. Doliczając po kilka cm z każdej strony (z przodu najmniej) narysować półowal, wyciąć.
Tak to wygląda:
3. Moczenie skóry, do dwóch godzin starczy.
4. Namoczoną skórę przebić w miejscu szycia (czerwona linia przerywana).
5. Szycie:P
6. Naciąć podłużne dziurki na sznurek/rzemień. Nie za gęsto.
7. Przewlec rzemień, łazić w mokrym obuwiu (polecam i pozdrawiam), póty nie wyschnie i dopasuje się do stopy.

A dopasowuje się aż miło:) Wygodna to rzecz. Łażenie oczywiście w onucach, choć gdy już się dopasowały to i na bosą stopę dają radę.
 
Montować sznurowanie najwygodniej już na stopie;) Proste obuwie ma swój urok. 

3 notki w notce. Uff.
Pozdrawiam wszystkich którzy dotarli aż do tego miejsca:)

poniedziałek, 27 maja 2013

Cebula po długiej przerwie

W sobotę Ulfhoednar, czyli drużyna z grodu sopockiego robiła na owym grodzie kameralną imprezę, której motywem przewodnim były rzemiosła. Z tej okazji miałam tam swój kramik barwierski:) Aby urozmaicić nieco program i nie tylko pomachać ludziom przed oczami fragmentem dotychczasowych dokonań, spakowałam parę barwników, nieco surowej wełny, odczynniki i heja! Idziemy farbować pod chmurką:)

Warunki spartańskie, drobne niedociągnięcia i weź-tu-kombinuj organizatorskie+deszcz. Ale co to dla nas;) Zdałam sobie sprawę że w palecie mojej jakoś nie gości żółty i zdecydowałam się po blisko rocznej przerwie (nie licząc jaj) sięgnąć po... łupiny cebuli. Tak wiem, na wczesne niehistoryczne. Ale mimo to, to tak wdzięczny, efektowny i łatwy w obsłudze barwnik, że z zaznaczeniem, że zdaję sobie sprawę że Słowianom cebuli niet, przyjemnie po nią czasem sięgnąć.
Szkoda tylko że przez deszcz nie dopilnowałam by mieć zdjęcia z samego farbowania:<

Radość i zabawa^^ Ten kawałek wyjmiemy szybciej, ten motek niech leży w kociołku długo, teraz dodać nieco ałunu...
Jeszcze jedna próbka, co wyszła zielono-żółta. 

I na dokładkę, zrobione przy okazji, foto części innych dokonań:) To jest to co lubię^^

Odświeżyłam też layout bloga. Jakiś taki duszny był poprzedni. Porobiłam etykiety, linki... Może chęć ulepszania blogosfery to jakieś odzwierciedlenie tego co dzieje się w realnej sferze? W życiu osobistym szykują mi się wielkie zmiany. Na lepsze:)

piątek, 24 maja 2013

Farbowanie listkami brzozy

Naskubane jakoś zaraz po majówce. Farbowane świeżymi liścmi.


Przeze mnie sprzędzony singiel:)


Farbowałam tak próbki tkanin (lnu i wełny), jak i włóczkę (zarówno własnoręcznie sprzędzioną jak i kupną), a także czesankę.



Wrzuciłam zabejcowaną włóczkę, część ufarbowałam bez jakiejkolwiek bejcy, później zastosowałam jeszcze kąpiel rozwijaną.
Wszystko na jednym wywarze, wydajność jego była wspaniała - po trzeciej kąpieli wciąż dawał żywe, ładne wybarwienie.


 Czesanki. Zabejcowana i niezabejcowana. Zdjęcie troszkę zbyt żółte.


Włóczki. Tu z kolei jakby odrobinę za mało żółte w stosunku do rzeczywistości;d


 Próbki tkanin od góry: len bez bejcy; len w kąpieli rozwijanej z ałunem; pod spodem len workowy bez bejcy. Niżej wełna z kąpieli rozwijanej, pod nią próbka niebejcowana. Różnica spora.


Wszystko razem, od najdelikatniejszych efektów (niebejcowany len w pierwszej kąpieli) po najżywsze (zabejcowana wcześniej włóczka w drugiej kąpieli). Jeden wywar a tyle różnych odcieni.

Tesiowym zwyczajem, zamiast zrobić powiedzmy 300g jednego rodzaju włóczki w jednym kolorze, narobiłam wszystkiego po trochu:D

I jestem zadowolona z efektów. Piękne zielenie-żółcie daje brzoza, spektrum ich zacne, pewnie można by wyciągnąć z niej jeszcze więcej, bawiąc się różnymi odczynnikami.
Zasuszyłam już sporą ilość listków (dziękuję dziewczynom z zespołu które mi je znoszą zewsząd^^), więc festiwal Farbowanie Brzozą 2013 rozpoczęty:)

sobota, 27 kwietnia 2013

Blogowanie jest cienszkie

Cisza znaczy nic nie robię? Za dużo robię. Nie starcza czasu na opisywanie. 
Właśnie w garze pyrka sobie marzanna. Będzie ruda słowiańska kiecka wierzchnia:)
Pierwszy raz dodałam kredę, zobaczymy jakie będą efekty.
Od ostatniej notki także: skończyłam szyć kaptur.  I spodnie lubemu. I szyję zamówieniową torbę pielgrzymkę. Wszystko rzecz jasna ręcznie.
Przeżyłam swoje pierwsze próby szewskie (Rozumiem już skąd "kląć jak szewc". Tak bardzo rozumiem. Przebijanie się przez tę... eeech.) 
Powstało ileś metrów singla i kolejny dubelek. 
Powstał nawet haft, mój drugi w życiu:D 
Trenujemy z zespołem do pokazów majowych. 
Uprałam kilo brudnej i pełnej moli wełny. To była przygoda i niezapomniane wrażenia dla 3 osób. (Sarna, Thurid, dziękuję wam za pomoc przy skubaniu draństwa!)
Przyszły nowe materiały, twierdzą że będą tuniką i cotehardie. 
Mam fazę na... onuce. Za kilka godzin jadę w góry i tak, zamierzam pomykać po Sudetach w trekach i onuckach:D Genialny w swej prostocie wynalazek.
Tyle przychodzi mi do głowy w jednym momencie x)
Przez następny tydzień tych zaległych notek nie przerobię, bo góry. Natychmiast po powrocie przepakować plecak i jadę na Wenecję... Jak co roku o tej porze, tradycyjne już niemal otwarcie sezonu rekonstrukcyjnego:)

A żeby i ilustracje były (rękodzieło doczeka się swoich w swoich notkach, obiecujęęęę:D) - tyle spodziewam się po nadchodzącym tygodniu!^^



piątek, 19 kwietnia 2013

2ply-dwunitka-double

Moja druga w ogóle i pierwsza na którą patrzę z przyjemnością, dwunitka. Spłodzona dziś rano:)

Skromne 55 metrów. Powiem szczerze, że przy większych ilościach włóczki nawiniętych na wrzeciono przędzenie zaczyna być po prostu upierdliwe - włóczka się zsuwa, lata, wrzeciono robi się coraz cięższe. Zastanawia mnie, jak sobie z tym radzą doświadczone prządki?

Coraz lepiej panuję nad skrętem. Od samego początku mam niesamowite skłonności do przekrętów:P Pierwsze nitki mogę trzymać tylko w kłębkach, bo mi wariują xP (Ale mimo to jak już sprawdziłam, szycie tym daje radę:) jednak lepiej mieć przekręt niż niedoskręt.)

Z okazji luźnego zwitka sierściuchy niepocieszone. Z polowań na te moje kłębki (tylko na te, konesery jedne. Na akryl nawet nie spojrzą.) zrobiły już dyscyplinę sportową, a tu płasko:p
Jedna Kiciava jakoś się w tym odnalazła. Nie turla się?:< To można się na tym Uwalić!

Co się stanie jak nie upiorę?:P