czwartek, 5 lipca 2018

Wczesnośredniowieczny ekwipunek survivalowy - część 1 - wstęp i materiały

Pisanie superdługich postów wychodzi mi aż za dobrze, tutaj zabieram się do tematu już w sumie od paru miesięcy, a że duża wyprawa zbliża się wielkimi krokami:P - czas nagli. Zatem zamiast dalej zbierać się do superdługiego posta, rozbiję temat na kilka części. Przy okazji łatwiej będzie się czytać.
Nie jest to absolutnie wykład naukowy, a to o czym zamierzam pisać, dla średnio zaawansowanego rekona będzie zbiorem prawd oczywistych - dlatego wybaczcie że pominę dokumentowanie każdej rzeczy źródłami, bo, po prostu, utoniemy w tekście. To nie tekst o odkryciach, mający na celu pokazać coś nowego, co trzeba uargumentować - będą to "oczywistości", które jednak warto powtarzać i podsumować. Opisane w sposób bardzo praktyczny.

Zawarte tu treści mają charakter uniwersalny dla wczesnego reko, mogą się zatem przydać każdemu, kto planuje wyprawkę czy inny survival. Post ten jednak powstaje przede wszystkim dla Was - dzielna załogo Orła Jumne;) 



W sierpniu wypływamy na dwutygodniowy rejs wczesnośredniowieczną łodzią. Będzie mokro, będzie zimno, będzie pięknie. Tym ostatnim będziemy się tylko cieszyć, dwa pierwsze, jeśli dobrze ogarniemy ciuchy, będą nam niestraszne. Poza tym, będzie tak-jak-to-wówczas-bywało, zanurzymy się w realiach epoki, na tyle na ile to możliwe, o ile nie chcemy się potopić;) Dosłownie i w przenośni! Łódź jest wierną rekonstrukcją znaleziska z epoki, nie uświadczysz na niej silnika motorowego, plastikowych wykończeń czy innych współczesnych umilaczy - ale elementy z XXI wieku pojawiają się tam, gdzie ich obecność jest kwestią zdrowia i życia - koło ratunkowe, kamizelki, flary. Wszędzie tam gdzie da się bez zbędnego ryzyka korzystać z wyposażenia historycznego, jest wyposażenie historyczne. Drewniane wiosła, naturalne impregnaty, płócienny, ręcznie szyty żagiel. No i w tym wszystkim - załoga.



Dlatego kompletując swój osobisty ekwipunek kierujemy się dokładnie tymi sami kryteriami, jakie zastosowano, budując Orła. Wszystko co się da, staramy się mieć uczciwie historyczne, wyjątek robimy dla elementów które zaważają na naszym życiu/zdrowiu (leki, elementy higieny osobistej itp.) Co ważne - dbajmy o to by do absolutnego minimum (idealnie do zera) ograniczyć posiadane rzeczy "w klimacie" - czyli takie, które wyglądają ładnie, kojarzą się ze średniowieczem, ale w rzeczywistości nie mają z nim nic wspólnego. Przykłady - niepotwierdzone ozdoby na strojach, albo elementy z nieobrobionej kości lub poroża. Krótko - nie było tego, a jak nie było, to po co nam to:P


By Drużyna Grodów Czerwieńskich. Polecam serię:D

Uwierzcie, rzeczy zrobione kierując się potwierdzonymi wczesnośredniowiecznymi wytycznymi dają najwspanialszy klimat, wyglądają najlepiej bo, po prostu, autentycznie. Budżet i czas potrzebne na ich wykonanie jest z reguły bardzo podobny do "stylizowanych" elementów, czasem są nawet prostsze. Dodatkowo, gdy wgryźć się w to, czemu są robione tak a nie inaczej (czemu kolorowa wełna jest ok, a len już nie?), okazuje się że jest w tym wszystkim głęboki sens.
Jeśli znajdziecie jakiś fajny gadżet do kupienia ale będziecie się zastanawiać czy to wykończenie to dobre czy niedobre na wczesne średniowiecze jest - pytających zapraszam z otwartymi ramionami:) Pytanie o każdy, zdawałoby się, pierdół, zamiast podpatrywania i robienia/kupowania rzeczy "na czuja" jest zawsze ok!

No dobra, gotowe do działania, chcecie coś sobie zrobić, uszyć, ale z czego najlepiej? Lecimy z tematem:)


MATERIAŁY. 

Dobór tkaniny na strój wczesnośredniowieczny ma kluczowe znaczenie. Postawmy obok siebie dwóch rekonstruktorów wczesnego średniowiecza. Niech jeden ma na sobie byle jak, maszynowo uszyty strój, wykończony na odwal, ale wykonany z wybornego materiału. Drugi zaś niech ma ciuch dopieszczony krawiecko, cały ręcznie szyty, z starannymi wykończeniami, ale z byle jakiego, nie pasującego kolorem i fakturą materiału. To ten pierwszy będzie sprawiał lepsze, bardziej autentyczne wrażenie.


Jakich tkanin zatem szukać?


Odpowiedź - wersja bardzo krótka:

LEN I WEŁNA.


Odpowiedź - wersja krótka:

Niebarwiony len w splocie prostym, 100% wełna w dowolnym, najlepiej naturalnym kolorze, splot idealny - diagonal, jodełka, diament i prosty też dobre. Może być spilśniona, ale bez przesady, nie do poziomu ulizania.
Co z resztą? Jedwab na warunki survivalowe nas nie interesuje. Innych tkanin również nie bierzemy pod uwagę (bo w epoce po prostu nie istniały/pojawiały się w homeopatycznych ilościach).


Odpowiedź - wersja rozszerzona:

Już mówię co i jak.
Trafiłaś do sklepu lub na stoisko z obiecująco wyglądającymi tkaninami, albo buszujesz za nimi po internecie. Oczopląs, setki belek, kolorów i faktur. Jak wybrać tkaninę pasującą na wczesne średniowiecze? Mamy kilka kryteriów. Patrzymy po kolei na:

1.SKŁAD


2.KOLOR

3.SPLOT



1.SKŁAD

Celujemy w składy 100%. 100% len i 100% wełna - to ideał. Chodzi tu nie tylko o prezencję, ale także, a dla nas może przede wszystkim, o właściwości materiału. Len jest bardzo fajny na upały, oddycha, dobrze się pierze, dobrze schnie. Wełna jest niezastąpiona jako pierwsza linia obrony przed wiatrem i deszczem. Ma fantastyczne właściwości izolujące. Gdy pada na nią mżawka, nasiąka tylko do pewnego stopnia, następnie włókna pęcznieją i... nie przepuszczają więcej wody, spływa ona po ciuchu. Taka magia. Poza tym, tak jak len, wełna też oddycha - nie pocisz się w niej i nie męczysz tak jak w plastiku gdy nastąpi nagła zmiana pogody. Wiwat tkaniny naturalne.



100% len nie jest aż tak trudny do pozyskania, jest to do dziś popularny materiał do szycia letnich ciuchów i rozmaitych tekstyliów. Raczej nie występuje w domieszkach typu 90% lnu i 10% czegośtam. Wybierając, patrzcie na grubość i na to czy splot jest gęsty - do szycia ciuchów które będą noszone tuż przy ciele chcemy żeby materiał być możliwie cienki i gęsto tkany. Luźno tkany będzie się ocierał, prześwitywał i hmm, możliwe przeciągi:P


ten pierwszy jest ok, takiego jak ten drugi na ciuchy unikajcie.



100% wełna to już poważniejsza sprawa, nie tylko jeśli chodzi o trudność uzyskania, ale też o zasobność portfela. Gdy wejdziecie do pierwszej z brzegu hurtowni i zapytacie o wełnę-wełnę, pokażą wam kilka pięknych belek skitranych za stosem sztucznych tkanin, będą to beleczki luksusowej tkaniny płaszczowej i usłyszycie ceny typu 100 złotych za metr. Szybki rachunek - dwa metry na kieckę, dwa na kaftan, a jeszcze kawałek na chustę... można się złapać za głowę. Grube stówy, groza. A obok piękny wełnopodobny poliester za 1/3 tej ceny. I co tu zrobić? 

Na pewno nie kupować tego poliestru;) prosta przyczyna - opisane przeze mnie wyżej właściwości. Wełna 100% jest najlepsza. Wełna 90+%, plus kilka % czegośtam - też ok. Wełna 70%, 80% - uchodzi. Jeszcze grzeje i izoluje. Poniżej tych wartości - nie warto.

Gdzie taką dostać?
W końcu gdzieś się ci rekonstruktorzy obszywają, nie? Są miejsca gdzie można dostać dobrą wełnę do rekonstrukcji w znacznie bardziej przystępnych cenach. Nie będę tu linkować z prostej przyczyny - to się zmienia i dezaktualizuje, i to dosyć szybko, a ten post tu pewnie trochę powisi. Jeśli ktoś zainteresowany to czyta, to niech śmiało uderza na priv. 

Tyle z podstaw. 


2.KOLOR 

Ach, temat rzeka. 


2.1 LEN. 

Temat rzeka a sprowadza się do jednego - LEN NIE POWINIEN BYĆ KOLOROWY!!!

Czemu?
Kombinacja szczątkowej wiedzy z wykopalisk (lnów zachowało się bardzo mało), tego co dało się wycisnąć z etnografii i tego, czego dostarczyła archeologia doświadczalna i najzwyklejsza w świecie praktyka.
Lniana odzież najprawdopodobniej była noszona jako spodnia, przy ciele. Nie na widoku. Nie barwiono jej gdyż po pierwsze, i tak nie była widoczna i nie spełniała funkcji informowania o statusie społecznym, po drugie - pranie. Lniana bielizna przed wynalezieniem pralek była gotowana. Dobrze spełniało to funkcję utrzymania higieny, ale żaden ówczesny barwnik nie wytrzymałby takiego traktowania. Len bardzo źle się barwi, łatwo spiera i płowieje. Nawet dzisiaj, w epoce mocarnych chemicznych barwników. Co dopiero drzewiej.



A właśnie - ciekawostka - "bielizna". Słowo, którego etymologia jest bezpośrednio związana z faktem że nie barwiono lnu - w efekcie powstawała "biała" część stroju:) Len od prania i schnięcia na słońcu pięknie bieleje.
Zdjęcie prowadzi do świetnego posta który w przejrzysty sposób opisuje jaki len jest dobry, jaki nie i dlaczego tak.


Zdjęcie prowadzi do świetnego posta który w przejrzysty sposób opisuje jaki len jest dobry, jaki nie i dlaczego tak.


Tego możemy doświadczyć podczas rejsu - możemy trochę zmoknąć, potem na słońcu przeschnąć, potem będzie szybka przepierka... czy kolorowa lniana kiecka zniesie takie traktowanie bez szwanku, nikt wam nie zaręczy:P Zwłaszcza nowa. Za to niebarwioną można śmiało suszyć na słońcu i szorować w razie potrzeby. Bywa też że jeśli kolorowy len zmoknie, potrafi podfarbować to, z czym sąsiaduje. Trochę straszę, wiem. Ale naprawdę - żeby było i praktycznie i historycznie (a co za tym idzie, efekt wow;>),  szukamy lnu niebarwionego. Jeśli już zdążyłyście skombinować sobie kolorową lnianą kieckę, cóż, nie wyrzucimy za burtę... ale od publikacji tego posta nie ma zmiłuj!;)


2.1 WEŁNA


Tu można już trochę poszaleć. Wełna w wykopaliskach występuje zarówno niebarwiona, jak i barwiona. Więcej jest oczywiście tej naturalnej! Za to ta barwna mieni się w zasadzie wszystkimi kolorami tęczy. Jest to materiał który wdzięcznie chłonie naturalne barwniki. Noszono ją na wierzchu, było z niej wykonanych sporo elementów ozdobnych.

Jeśli dobrze się czujecie w naturalnych kolorach, to stroje wierzchnie wykonane z wełenek szarych, brązowych, beżowych witamy z szeroko otwartymi ramionami:)



 post o splotach
Pod zdjęciem fajny post o splotach i kolorach.



Jeśli pragniecie jednak jakiejś plamy koloru (tak jak i wczesnośredniowieczni pragnęli, ale po prostu rzadko kiedy było ich na to stać;D), zróbcie ją sobie właśnie na wierzchniej wełnie.
Jakie kolory najlepsze?
Tu mała niespodzianka.
Odruchowe skojarzenie kolorystyczne z wczesnym średniowieczem - jakieś takie... sraczkowate? Ciepłe naturalne kolorki? Zielenie? Może farbowany brąz? Taka stylówa na tolkienowskie elfy trochę, nie?
Hehe, nie;D
Naturalnych kolorów to oni mieli po uszy. Uzyskanie płachty kolorowej tkaniny to była masa roboty, wymagała wiedzy, (nieraz kosztownych) składników, oraz konkretnych umiejętności i narzędzi. Jeśli brązowy ciuch możesz mieć, po prostu wykorzystując runo z owcy takiej, jaką ona sobie jest, to po co uruchamiać całą tą machinę produkcyjną? Nie lepiej uruchomić ją żeby uzyskać coś wow? Coś, czego nie uświadczysz w naturze?
Za takim podejściem przemawiają wykopaliska.

Wśród znalezionych kawałków tkanin które już komuś chciało się zafarbować, króluje niebieski i czerwień (bardzo konkretne odcienie, jakie były wówczas możliwe do uzyskania). Całkiem popularny jest mocny żółty. Czasem mignie fiolet. Bywa też i zieleń, ale nie z farbowania liśćmi czy innymi chwastami;), tylko z podwójnego barwienia, dobrym żółtym barwnikiem i dobrym niebieskim, "bilardowa", skrajnie odległa od odcieni przyrody.
Daleeeko za nimi mniej tęczowa reszta.


Dokładnie takie odcienie niebieskiego, czerwieni i żółci są najlepsze. By Trollkona


Tyle o kolorach, bo to mój stary konik i utonę w nim, jeśli zacznę to wałkować. Reszta w zdjęciach.


Macacie tą tkaninę, wiecie już że macie do czynienia z porządnym lnem lub wełenką, kolor ma fajny, pozostaje nam spojrzeć na...


3.SPLOT


Czyli to, w jaki sposób nasza tkanina została utkana - w jaki sposób przeplatają się w niej nici pionowe (osnowa) i poziome (wątek).

Jeśli lecą łopatologicznie na zmianę - mamy do czynienia z splotem prostym. To najpowszechniejszy splot w tkaninach lnianych, we wszelkich prześcieradłach, płótnach - stąd stosowana zamiennie nazwa splot płócienny.



Splot prosty - schemat, przykład na lnie, przykład na wełnie.


Jeśli owo na zmianę jest jakby trochę udziwnione, przeskakuje co 3 nitki i w efekcie powstaje taki charakterystyczny skos, to mamy do czynienia ze splotem... tak, skośnym;D Potocznie zwanym też diagonalem.


 

Gdy ów skos zrobić raz w jedną, raz w drugą, powstanie bardzo popularna w wczesnej rekonstrukcji jodełka.






A gdy raz w jedną, raz w drugą, a do tego jeszcze taka sama zmiana w drugą stronę - uzyskujemy diament:)





Są jeszcze inne sploty. Atłasowe, rypsowe i inne panamy. Ale my tu nie wykład z włókiennictwa (chociaż kusi;D), tylko tutorial jak wybrać tkaninę na reko. Dlatego skupiam się na powyższych czterech - ich obecność jest we wczesnym średniowieczu potwierdzona, je też ujrzycie na współczesnych belach materiału.
W który celować? W to co wam się uda dorwać!;D A na serio, w doborze spośród powyższych czterech splotów panuje spora swoboda. W przypadku lnu prawdopodobnie stanie na płóciennym, to jest większość rynku, chociaż bywają też jodełki i giezło z jodełki też jest ok (mniej prześwituje 8).
Jeśli chodzi o wełnę, kwestia praktyczna - diagonale, jodełki i diamenty są często bardziej zbite od wełenek w splocie prostym. Będą lepiej chronić przed wiatrem i deszczem. Jeśli sięgacie po materiał w splocie prostym, rzućcie okiem na ile prześwituje - aby was przez niego nie przewiewało na wylot. Materiał w splocie prostym będzie dobrze izolować jeśli będzie gęsto utkany. Do tego może być trochę spilśniony. Nie chcemy ciuchów z gładkiego filcu, tak świetnie fabrycznie ubitego, że splotu już nie widać, ale w granicach rozsądku sfilcowanie/spilśnienie materiału jest akceptowalne historycznie i podniesie walory praktyczne naszej tkaniny.


To zdjęcie nieźle obrazuje o co chodzi ze spilśnieniem. Mamy tu różne wełny, praktycznie każda jest dobra na wczesne reko i utkana splotem prostym. Zerknijcie na grafitową u góry i sąsiadującą z nią białą. Na białej świetnie widać splot, na graficie nie - bo jest mocno spilśniona.
W praktyce - sukienka uszyta z tej białej wełny na rejsie się nie sprawdziła, bo przewiewało mnie w niej na wylot. Tunika z grafitowej sprawdzała się dobrze, była odporna na wiatr i nieprzemakalna, reko softshell;), Aż za bardzo - tak mocno ubite włókno staje się sztywne i trochę niewygodne. Macajcie, wyobrażajcie sobie jak dana tkanina zachowa się po uszyciu i szukajcie złotego środka.



PODSUMOWANIE


Jeśli czytasz ten tekst nie siedząc wcześniej w temacie i teraz podjedziesz na górę, do podpunktu "odpowiedź- wersja krótka", mam nadzieję że użyte tam sformułowania będą już bardziej klarowne:)

Jaki to ma znaczenie, w jakim stopniu będziecie się stosować do wymienionych przeze mnie trzech podpunktów? (skład-kolor-splot)?


Dla naszego samopoczucia największe znaczenie ma skład. On jest głównym czynnikiem decydującym o tym czy ciuch jest przyjemny do noszenia, oddycha, zasłania przed wiatrem, deszczem, dobrze się pierze i dobrze schnie.

Dla wyglądu największe znaczenie ma kolor. To on zdecyduje o tym czy już z daleka jako załoga prezentujemy się zacnie, czy jednak chaotycznie, nieważne czy patrzy wprawny rekonstruktor czy laik.

Ładny splot to wisienka na torcie.


...Znowu się rozpisałam, prawda?:D Kończymy na dziś. W części drugiej będę pisać o tym co i jak sobie z tej omówionej już tkaniny uszyć (zlecić uszycie:D) - będzie to część EKWIPUNEK - STROJE.


Jeśli dotarłeś aż tutaj czytelniku, a coś w tym poście byś opisał inaczej, wszelkie sugestie, pytania czy dopowiedzenia zostaw w komentarzu. Niechaj powstanie post - merytoryczna piguła dla raczkujących wcześniaków.

czwartek, 17 września 2015

Do nocy od rana, łoj dana dana - czyli warsztaty śpiewu białego w Biskupinie

Relacja opowiada o warsztatach które odbyły się 26-30.04.2014 w Muzeum Archeologicznym w Biskupinie. Od strony muzeum organizowała je Magdalena Zawol, zaś prowadziła Katja Radivilova. Wraz z kilkunastoma innymi osobami miałam przyjemność uczestniczyć - z ubiegłego sezonu czy nie, warsztaty z pewnością zasługują na relację:)

Zdjęcia pochodzą z archiwum własnego oraz z materiałów Muzeum Archeologicznego w Biskupinie.


Majówka, Biskupin, śpiew, dużo śpiewu, jezioro, słońce, fantastyczni ludzie, śpiew. Już kilka powyższych słów opisujących atmosferę powinno wystarczyć za zapewnienie - było wspaniale.


WARSZTATY

Zjechaliśmy na miejsce sobotnim porankiem. Pierwsze spotkanie odbyło się natychmiast, gdy tylko uczestnicy znaleźli się w komplecie - i od tego momentu rytm następnych pięciu dni wyznaczały zajęcia. Intensywny, odbywający się w dwóch kilkugodzinnych blokach trening. Do wieczora od rana, łoj dana dana;)


na warsztatach śpiewaliśmy...


Tematem tegorocznych "Pradźwięków" były oryginalne przyśpiewki pałuckie. Zostały opracowane przez Katję Radivilovą, naszą instruktorkę na podstawie publikacji autorstwa Wandy Szkulmowskiej "Oj stąpej koniku...", wydanej w 2006 roku z okazji 50-lecia istnienia zespołu regionalnego "Pałuki".



oraz śpiewaliśmy...


Przez te 5 dni opracowaliśmy blisko 20 piosenek pałuckich. A dodatkowo, jako że Katja jest białorusinką, przygotowała dla nas kilka cudnych pieśni białoruskich. Od siebie dodam że jako instruktorka jest świetna - każdy indywidualnie odkrywał swoje możliwości we własnym tempie, na podstawowe umiejętności gospodarowania powietrzem został położony bardzo duży nacisk, z każdym dniem szło nam coraz lepiej.


...oraz śpiewaliśmy. A Katja przygrywała, na skrzypcach, na gęślach, na dudach.

Ostatniego dnia warsztatów odbył się koncert podsumowujący. A nawet dwa! Jeden pełną grupą na zakończenie warsztatów, drugi w nieco mniejszym gronie podczas otwarcia wystawy czasowej. 




Dobrze by było opisać relację z warsztatów śpiewu nie tylko zdjęciami - jakaś próbka dokonań może? Czasami nagrywaliśmy to, co było akurat ćwiczone, jednak warsztaty to nie nagrywanie płyty i przede wszystkim rejestrowaliśmy na własne potrzeby. Mimo to, wrzucam nagranie-przykład - i tego jak szło i tego jaki klimat panował:) "Bicem konia bicem" z wieczornego śpiewania (po całym dniu jeszcze było mało!) - saute, żadnego czyszczenia czy obróbki, akcja od 0:26;)




Wtorek wieczór było już po warsztatach:( Ale nie po śpiewaniu - w muzeum cały czas coś się dzieje, gdy tylko zakończyły się warsztaty, zaczęli zjeżdżać się uczestniczy majówkowego festynu archeologicznego. Już w wieczór otwierający, wraz z przyjaciółką i już nowymi słuchaczami otworzyłyśmy się na hałasowanie w skali absolutnie niespotykanej dotychczas:D

Jak oceniam swój udział? Było-warto. Generalnie od dziecka lubiłam śpiewać, wychodzi mi to na tyle że nikt nie ucieka, tylko z jednym, malutkim acz dobitnym "ale"... Głośność! Od zawsze, odkąd pamiętam, śpiewałam za cicho. Kompletnie nie umiałam korzystać z przepony, do tego dochodziły bariery psychiczne - gdy tylko śpiewałam dostatecznie głośno by sama siebie usłyszeć, głos się momentalnie łamał. Za każdym razem. Porażka:D

A teraz? Przepona - przećwiczona. Gospodarowanie powietrzem - przećwiczone. Lęki, stresy - podczas śpiewania po kilka godzin dziennie, słuchając siebie, słuchając innych, stopniowo się przełamując - poszły precz! Teraz już nic nie powstrzyma mnie przed publicznym fałszowaniem, uhuhu:> To sprawia, że warsztaty tak miło wspominam. Ale nie tylko to.

Śpiewać dało się maksymalnie 5-6 godzin dziennie, więcej nie dało rady i nie miało sensu. Co w takim razie począć z resztą czasu? Ha... Pytanie powinno brzmieć raczej "gdzie upchnąć to wszystko co chciałoby się porobić?"

WARSZTATY... I WSZYSTKO INNE


tędy droga!
Przede wszystkim obecność wiosny owocowała eksperymentami z dziką kuchnią. Po co drałować 2 km do sklepu gdy tyle smakowitości rośnie za oknem? W menu były między innymi: sałatka ze stokrotek i liści lipy, sosik szczawiowy no i oczywiście pałka wodna jako rdzennie słowiańskie żarełko do chrupania (dobre to!).


omnomnom
pałka wodna w roli przekąski nad jeziorem
Biskupin to nie tylko rekonstrukcje chatek, ale i fantastyczny żywy inwentarz. Kogo tam nie było! Kozy, króliki, koniki polskie, no i oczywiście dorodne stadko wrzosówek. Przy ich wybiegu mogłam wysiadywać godzinami.


zadowolona wrzosówka jest zadowolona

Na wieczór zaś mleko prosto od kozy, można się było załapać na trening dojenia:) Mnie to akurat ominęło (za dużo czasu z wrzosówkami?:p), ale załapałam się na picie - to najważniejsze!;)

Zwierzyniec, maj dokoła maj, dzika kuchnia - może wystarczy? Nieee, nadal mało! Upchnęłyśmy w warsztatach też trochę rekonstrukcji, przędąc w przerwach, robótkując na pomoście, robiąc zdjęcia do weryfikacji na Cedynię na tle malowniczych chatek wioski piastowskiej. Działo się, krótko mówiąc.

 

przędzenie nitki w przerwach...


pod wieczór nitka posłuży do obszycia zapaski...


a jak już będzie po warsztatach... to cały proces od początku:)

5 intensywnych, niezapomnianych dni. Śpiew, chatki, wrzosówki. Cóż mogę napisać na końcu - oby do następnego!

przed wyruszeniem w drogę... drużyna została zebrana;)

czwartek, 10 września 2015

Odzyskałam dostęp do bloga!!

Udało się! Po tylu miesiącach! Póki co entuzjazm mnie niesie, ale teraz będą mogły po nim nastąpić notki merytoryczne:) Relację obiecaną w zeszłym roku wstawię, a co. Grzeje się w notkach roboczych już ponad rok, teraz zostanie opublikowana, co prawda z tagiem "archiwalne", ale relacje wydarzeń dawniejszych niż sprzed tygodnia też mają przecież swój urok;) 

Aktywności przez ten czas ciszy internetowej była moc, powstawały nowe uprzędy, nietypowe robótki, wiedza uległa poszerzeniu, odbyło się też wiele fantastycznych wydarzeń rekonstrukcyjnych. Usystematyzuję to wszystko, wybiorę co chciałabym Wam pokazać i opisać (to co najlepsze oczywiście;) i małymi kroczkami będę reanimować ten zakurzony kącik sieci. Póki co - blog odzyskany, podzieliłam się radością, teraz pora działać:) Stay tuned.

piątek, 25 kwietnia 2014

Na otwarcie sezonu... warsztaty


Plan na tegoroczny sezon wyjazdowy: jak najwięcej imprez warsztatowych i archeologii eksperymentalnej. Jak to delikatnie ująć... imprezy, których plan wygląda z grubsza tak: "przez większość dnia patrzymy jak chłopy z okolicznych bractw walą się po hełmach a wieczorem idziemy pić" mogą się nieco opatrzyć... Ja mam ochotę raczej zafarbować coś pod chmurką, poznać i pomacać nowe wełny, prząść, ciesząc się słoneczkiem, spróbować nauczyć się czegoś nowego (a może wikliniarstwo? a może lepienie garów?) - a to wszystko z fajnymi ludźmi o podobnych zainteresowaniach.

Pod tym kątem układam sobie tegoroczny wyjazdowy kalendarz.


Kiedy zaczynam? Już! Jutro o świcie wyruszamy, kierunek - Biskupin. Kto nie był - polecam! Kto był, ten wie, ile różnych rzeczy tam można robić. 26-30 kwietnia odbędą się warsztaty śpiewu białego w których razem z Thurid uczestniczę. Obiecuję że po powrocie damy popis nowo nabytych umiejętności. Czy będziecie tego chcieli, czy nie:D
Równolegle odbędzie się warsztat gry na dudach wielkopolskich, w którym z kolei uczestniczy mój luby. Czego się nauczymy to pokażemy. Jeśli kogoś dźwiękowo niepokoi opcja łączenia dud i tłumu biało śpiewających bab - również w formie fotograficznej:D Biorę oczywiście aparat, będę hasać wśród chat i dokumentować wiosnę i warsztaty i świat i może jakieś farbowanie się uda i wszystko! Słowem, będzie relacja. 

No to w drogę!^^ Udanej majówki wszystkim!

środa, 23 kwietnia 2014

jak co roku o tej porze czyli naturalne barwienie jajek //this year's egg natural dyeing

Sprawa jest prosta, w ramach przygotowań familijnych zgłaszam że ja to farbowanie, czyli pisanki, wiadomo. Dostaję wówczas zapas jajek i dyspensę od mycia okien - same korzyści! Toteż co roku ochoczo ten obowiązek spełniam:)

Like in every year, during Easter preparation my duty is dyeing eggs. Duty made with joy - I totally prefer fun with natural dyes more than... washing windows, for example. Can't say I don't like this system.



Przy stole siadamy mała grupką, zatem zafarbowałam tylko 10 jajek.
Przepisu nie wstawiam - kolory pozyskałam w identyczny sposób, co w roku poprzednim (klik!) - łupiny cebuli, kurkuma, czerwona kapusta. Odzielnie ugotowałam wywary i jajka, te zaś po ugotowaniu i wystudzeniu kilka godzin moczyły się w wywarze. Przepis sprawdzony, efekty satysfakcjonujące.

I'm putting no recipe, cause I've made dyeing bath same way lat like in the last year (click). I used red cabbage, turmeric and onion skins . I boiled eggs and dye stuff separately and when dyeing bath was ready, put cooled eggs in bath for a few hours. I'm satisfied with results.


Robię cokolwiek? W kuchni?? Nie można tego tak zostawić! Obowiązkowe zmaterializowanie się jakże skorej do pomocy asysty...

 Nie byłabym jednak sobą nie wprowadzając jakiegokolwiek, najmniejszego chociaż udziwnienia:D Zatem zapragnęłam wypróbować metodę zdobienia, polegającą na przymocowaniu jakiegoś ładnego listka do jajeczka przez zanurzeniem go w barwniku. (tutaj przejrzysty tutorial, nie mój, troszkę żałuję że nie porobiłam zdjęć w trakcie tworzenia.) Działa! 

I wouldn't be myself if I didn't make anything fanciful - so I tried the method which relies on mounting some nice leaf to the egg before dyeing, to make it leave it's shape on finished work (tutorial here - not mine cause I didn't take pics during creating). Method works.

 

Jakimi roślinkami się pobawiłam? Na jajka trafił lubczyk (lovage), bukszpan (boxwood), rukola (arugula) i roszponka (lamb's lettuce). Bukszpan dokazywał, zbyt sztywny żeby ściśle przylegać do jajka, pozostałe współpracowały, chociaż nie wiem czy powtórzę wykorzystanie rukoli i roszponki. Uwielbiam obydwie, ale jak wykazał eksperyment, raczej w sałatce:) Jestem za to zachwycona efektem jaki dał lubczyk.

Which plants I used? Lovage, boxwood, lamb's lettuce and arugula. Boxwood is too inflexible, others attached to the eggs worked well. Lovage gave fantastic pattern, rest - I'm not impressed. I totally like arugula and lamb's lettuce, but rather in salad:)


zdjęcie robione lodówką z zamontowaną lampą błyskową... do bycia blogerę kulinarnym nie aspiruję:D

Skoro o sałatce mowa... jaki jest kolejny atut naturalnych barwników? Taki, że co zostanie z surowca, to można ZJEŚĆ:D Gdy jajeczka pływały już w barwnikach, ukleciłam szybko sałatkę z roszponki, rukoli i czerwonej kapusty. Jeszcze tylko trochę oliwy i ser pleśniowy co akurat był na stanie... przepis gotowy! Wyszło pysznie.

Speaking of salad, what's another advantage of natural dyes? That lot of them is capable to be eaten! When eggs was put in dyeing bath, I quickly made salad from red cabbage, arugula and lamb's lettuce. Add some olive oil and blue cheese, cause I just had some... and so recipe is ready. And tasty:)

Życzyłabym w tym miejscu udanych świąt, mokrego jajka i w ogóle wesołego karpia... Ale już po świętach, zatem wszystkim czytającym - udanej majówki! Długi weekend tuż tuż, kto ma już plany?